Your address will show here +12 34 56 78
Dziecko, Małżeństwo, Rodzina
Adwokat Dagmara JagodzińskaAdwokat Dagmara Jagodzińska - Bielsko-Biała - Kancelaria Adwokacka
Kancelaria Adwokacka w Bielsku-Białej



Aktualnie panujący stan epidemii koronawirusa, generuje istotne zmiany w wielu obszarach życia naszych Klientów. Jednym z nich, pozostaje bez wątpienia obszar ich finansów. Także tych, domowych…


Gros spośród sektorów gospodarki zostało dotkliwie spowolnionych. W wielu przedsiębiorstwach doszło do sytuacji znacznego pogorszenia ich kondycji finansowej. W bezpośredniej konsekwencji pociągnęło to za sobą, obniżenie dochodów przedsiębiorców oraz pracowników.


Zmiany te, zaczęły przynosić za sobą coraz więcej pytań, dotyczących tematyki spraw prawno-rodzinnych. Jednym z najczęściej powtarzanych, pozostaje pytanie o to: czy koronawirus wpłynie na wysokość alimentów?  


Z pewnością rozczaruje Państwa fakt, iż na ten moment, trudno wyrokować o tym w sposób jednoznaczny.
Niestety jednak, tak postawiona odpowiedź na zadane wyżej pytanie, wydaje się jedyną, słuszną.


Należy bowiem pamiętać o tym, iż sytuacja koronawirusa, z perspektywy polskiego wymiaru sprawiedliwości, jest wciąż sytuacją „świeżą”. Do Sądów zaczęły już co prawda wpływać pozwy i wnioski z nią związane, niemniej przez szczególny, z oczywistych względów – spowolniony i atypowy tryb, w jakim Sądy zmuszone są działać w chwili obecnej – nie zdążyła jeszcze wykształtować się żadna ,”utrata” linia orzecznicza w tym przedmiocie.


Nie sposób zatem przesądzać w sposób dostatecznie pewny, iż co do zasady, koronawirus i związane z nim pogorszenie sytuacji majątkowej osób zobowiązanych do płacenia alimentów lub uprawnionych do ich pobierania – wpłynie istotnie na zmiany w zakresie wysokości świadczeń alimentacyjnych, ustalonych do tej pory.


Rozważania w tym przedmiocie należałoby bowiem podzielić na dwie sfery: prawną i faktyczną.


W sferze prawnej
, zmiana wysokości dochodów osoby zobowiązanej do łożenia alimentów (a zatem poprawa lub pogorszenie się, tzw. możliwości majątkowych i zarobkowych zobowiązanego do alimentacji), może stanowić podstawę do zmiany wysokości zasądzonych od niej alimentów.  


Wynika to z faktu obowiązywania art. 138 Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego, zgodnie z treścią którego: „w razie zmiany stosunków można żądać zmiany orzeczenia lub umowy dotyczącej obowiązku alimentacyjnego”. Należy także pamiętać o treści art. 135 § 1  Kodeksu Rodzinnego i Opiekuńczego zgodnie z którą, zakres świadczeń alimentacyjnych zależy od usprawiedliwionych potrzeb uprawnionego oraz od zarobkowych i majątkowych możliwości zobowiązanego.


W kontekście obowiązywania w.w. norm prawnych istnieje zatem podstawa do przyjęcia, iż pogorszenie się sytuacji materialnej osoby zobowiązanej do uiszczania alimentów na rzecz osób trzecich, a zatem pomniejszenie zakresu możliwości majątkowych i zarobkowych zobowiązanego do alimentacji – może stanowić podstawę do zmniejszenia wysokości alimentów.


Należy jednak wziąć pod uwagę drugą ze wskazanych wyżej sfer – sferę faktyczną.


W praktyce bowiem nie jest wiadome jak długo potrwa jeszcze sytuacja związana z epidemią. Oznacza to, iż nie jest do końca pewne, czy argument pogorszenia się sytuacji materialnej osoby zobowiązanej do uiszczania alimentów, posiadał będzie charakter trwały. Innymi słowy, nie jest powiedziane, iż jeśli w kolejnym miesiącu – wysokość dochodów zobowiązanego wróci do normy, Sąd weźmie pod uwagę argument tak krótkotrwałej i przejściowej „zmiany stosunków” za argument dostateczny, aby uzasadniał on trwałe obniżenie wysokości świadczeń alimentacyjnych.


Nadto, wypada podkreślić, iż aktualny stan epidemii wpływa niekorzystnie na sytuację materialną większości Polaków (a zatem nie tylko na sytuację materialną osób zobowiązanych do alimentacji, ale i tych, które pobierają alimenty lub gospodarują nimi na rzecz uprawnionych, jak np. ma to miejsce w przypadku rodziców pobierających alimenty na rzecz małoletnich dzieci).

Nie sposób zatem wykluczyć, iż argumenty strony uprawnionej do pobierania alimentów, pozostawać będą analogiczne. W tym podobnej sytuacji niewykluczone stanie się więc również uznanie przez Sąd podstaw do zwiększenia wysokości alimentów zasądzonych do tej pory na rzecz uprawnionego, którego sytuacja materialna w wyniku stanu epidemii, pogorszyła się znacząco.


Jak widać, dopiero przyszłość pokaże to, jakie konkretnie orzeczenia Sądów powszechnych będą dominować w tym przedmiocie. Warto jednak wiedzieć, iż mamy w polskim prawie przepisy, których ponadczasowa treść, może znaleźć zastosowanie nawet do sytuacji tak nietypowych, jak aktualna.    


Pozdrawiam,
Adwokat Dagmara Jagodzińska

0

Małżeństwo
Adwokat Dagmara Jagodzińska - Bielsko-Biała - Kancelaria AdwokackaAdwokat Dagmara Jagodzińska – 

Członkini bielsko-bialskiej Okręgowej Izby Adwokackiej.
Prowadzi swoją Kancelarię Adwokacką w Bielsku-Białej.
Kancelaria specjalizuje się w szczególności w świadczeniu pomocy prawnej i poradnictwa prawnego w sprawach o rozwód, separację, władzę rodzicielską, alimenty, kontakty z małoletnimi, podział majątku dorobkowego po rozwodzie i inne.


keep reading

0

Dziecko, Rodzina

W języku potocznym często używa się sformułowania: „samotni rodzice” – dlaczego Ty używasz do ich określania nazwy „samodzielni”. Czy to forma manifestu?


M. Gołda
: Ładnie to ujęłaś – tak, to forma manifestu. Nigdy nie myślałam o tym w ten sposób, ale w sumie to ciekawy trop. Coś w tym jest… „Samotna matka” – to brzmi strasznie przygnębiająco! Sformułowanie „samodzielna mama” brzmi o wiele bardziej odpowiednio do to tego, jak się czułam, kiedy się rozwodziłam.


Z wykształcenia jestem m.in. językoznawcą. Powodowało to, iż naprawdę ważnym było dla mnie w tamtym czasie, aby nazwać siebie adekwatnie. Słowa mają swoją energię, prawda? Niestety, anachroniczne polskie nazewnictwo dla matek i ojców po rozstaniach czy rozwodach przewidywało tylko jedną formę – „samotny rodzic”, „samotna matka”. Zaczęłam więc nazywać siebie „mamą samodzielną”. Zaczęłam o tym mówić głośno. To było już dobrych parę lat temu. Najpierw wśród przyjaciół wypróbowywałam to określenie, później używałam go pośród znajomych z pracy. Większość reagowała entuzjastycznie.


Z czasem, gdy poznałam więcej rodziców w mojej sytuacji, dostawałam jednoznaczne pozytywny feedback: „tak, to jest to, jestem samodzielną mamą, jestem samodzielnym tatą”. Inni też chcieli tak siebie nazywać. Z takim określeniem o wiele łatwiej było im się utożsamić. I tak to zaskoczyło. Teraz już znasz historię tego sformułowania od kuchni…


Dzisiaj nie tylko sama używasz wspomnianego określenia, ale walczysz, by popularyzować je w przekazie masowym.


M. Gołda:
Oczywiście. Powiem więcej – chciałabym, aby także w języku urzędowym, zamiast „samotny rodzic” pojawiło się określenie „samodzielny rodzic”. Ostatnio, gdy wypełniałam PIT roczny, naprawdę miałam ochotę przekreślić „osoby samotnie wychowujące dzieci” i nadpisać „osoby samodzielnie wychowujące dzieci”.


Wierzę, że dzisiejsi rodzice po rozstaniach wcale nie muszą godzić się na tę przygnębiającą i negatywną łatkę „rodziców samotnych”
. W symboliczny sposób można powiedzieć, że to, co robię i jak pracuję na co dzień, z samodzielnymi rodzicami, w tym również mój kurs online dla Samodzielnych Rodziców – stanowi pewien pomost, którym każdy rodzic może przejść od stanu „samotności”, do stanu „samodzielności”.


Cieszę się też, że ten temat jest też podejmowany w mediach. Zawsze, gdy jestem zapraszana do radia albo telewizji w charakterze coacha i samodzielnej mamy, cieszę się, że mogę o tym mówić głośno. Wielu osobom zmienia to po prostu optykę, gdy widzą, że nie muszą wchodzić w rolę samotnych. Zwykle dostaję również wiele ciepłych słów od innych rodziców. To bardzo miłe. Ale przede wszystkim potrzebne.


Z jakimi trudnościami – w Twojej ocenie, spotykają się rodzice samodzielnie wychowujący dzieci?


M. Gołda
: To dobre pytanie, a jednocześnie… temat-rzeka. Przede wszystkim, rodzice samodzielnie wychowujący dzieci mają te same problemy, co inni rodzice, z tym że często są one pomnożone przez dwa. To, co się w pełnych rodzinach dzieli się na dwoje, rodzice samodzielni muszą dźwignąć sami. Najtrudniej jest, gdy pracujesz, dziecko jest małe i zachoruje. Wtedy naprawdę ciężko nawet wyjść do warzywniaka. Takie przyziemne sprawy mogą wydawać się błahe dla otoczenia, ale bywa że naprawdę przytłaczają, kiedy uzbiera się ich cała masa. Albo gdy musisz być w dwóch miejscach równocześnie, np. na przeciągającym się spotkaniu w pracy i w szatni w przedszkolu, żeby zdążyć odebrać swoje dziecko. Niełatwo bywa z jedną pensją w domu, a alimenty – umówmy się – przeważnie to „wacikowe kwoty”.


Gdzie zatem szukać pomocy?


M. Gołda:
Osobiście, zachęcam samodzielnych rodziców, aby dawali sobie pomóc i korzystali z pomocy bliskich, życzliwych im osób. Nam, „samodzielnym”, często towarzyszy typowy zestaw przekonań o tym, że „musimy sami”. Guzik-prawda, nie musimy. Ja sama, długo do tego dochodziłam. Za długo… Gdy wreszcie poszłam po rozum do głowy, odetchnęłam z ulgą. Okazało się, że wokół jest mnóstwo osób skorych do udzielenia mi pomocy.


„Drodzy samodzielni rodzice, nie musimy być superbohaterami. Otaczajmy się życzliwymi, pomocnymi osobami i pozwólmy sobie skorzystać z pomocnej dłoni. Rozstanie to nie jest żadna kara i żadnej ceny spłacać nie musicie. Nie musicie się umęczać i zamęczać”


I jeszcze jedno. Zróbcie, ile się tylko da,a by jak najlepiej ułożyć relacje z drugim rodzicem dziecka. Będziecie mogli wspierać się wzajemnie i pomagać sobie w potrzebie. To jest nieocenione. Warto poświecić na ułożenie tych relacji naprawdę dużo czasu i energii, bo procentuje to w przyszłości. Ja np. pamiętam, jak mój były mąż przyjeżdżał do mnie do domu, by pomóc mi przy chorym synku, kiedy mały miał ospę i trzeba było szybko wysmarować go gencjaną. Pierwszych kilka kropek znosił dzielnie, ale kiedy trzeba było wysmarować 150 kropek po kolei, dostawał szału. Były mąż przyjeżdżał i razem smarowaliśmy go w ekspresowym tempie, na cztery ręce, tata na plecach, ja z przodu. Wtedy udawało się z tym uwinąć, zanim synek zdążył wpaść w czarną rozpacz. Do dziś jest tak, że oboje wiemy, że w razie potrzeby możemy na siebie liczyć. Do takiego podejścia trzeba dojrzeć. Ale warto, naprawdę. Od czego zacząć? Od uzmysłowienia sobie, że jesteśmy rodzicami dziecka, które oboje bardzo kochamy, a zatem gramy do jednej bramki. To jest ważniejsze niż animozje z przeszłości.


A zatem wiedzę na temat samodzielnego rodzicielstwa czerpiesz z własnych doświadczeń?


M. Gołda:
Oczywiście. To moje główne źródło inspiracji. Kolejnym, równie ważnym, są spotkania z innymi samodzielnymi rodzicami. Znam ich wielu, prywatnie i zawodowo. Od kilku lat organizuję warsztaty, prowadzę sesje, a teraz jeszcze stworzyłam ten kurs. Chciałam, by znalazło się w nim maksimum potrzebnych treści, ale wyselekcjonowanych, takich naprawdę istotnych. Udało się skondensować tę wiedzę do 8 modułów, z czego jeden moduł poświęcony jest zagadnieniom prawnym. Było to możliwe dzięki wielu latom własnych doświadczeń, praktyce i byciu blisko doświadczeń innych ludzi w podobnej sytuacji.


W czym według Ciebie, pomóc ma Twój kurs?


M. Gołda:
Ten kurs pomaga przede wszystkim uporządkować sprawy po rozstaniu. Oczywiście nie jest to kurs o tym, kto ma wziąć piekarnik, a kto pralkę, ale o tym, jak rozmawiać ze sobą, aby dojść do porozumienia w tych i innych kwestiach. Mój kurs kładzie duży nacisk na komunikację i relacje z innymi. To z kolei, przydaje się nie tylko do doskonalenia umiejętności rozmawiania ze skonfliktowanym z nami, byłym współmałżonkiem, ale także do wchodzenia w inne, nowe relacje w przyszłości.


Mówiąc po kolei, mój kurs ma pomóc rodzicom po rozstaniu ułożyć sobie w głowie różne sprawy. To kurs coachingowy. Pomaga więc z dystansu spojrzeć na wydarzenia w naszym życiu po to, by odkryć w nich szanse, które warto wykorzystać. Ten kurs uczy również, jak radzić sobie z codziennymi wyzwaniami. Można tu znaleźć mnóstwo praktycznych narzędzi, np. uważnego obchodzenia się z emocjami. Ponadto pomaga świadomie budować relację z dziećmi; wyjaśnia, jak pomóc im odnaleźć się po rozstaniu rodziców. Można się z niego dowiedzieć, jak poukładać sobie w głowie sprawy miłości, przyszłych relacji, patchworków itd. Pozwala też poznać osoby w podobnej sytuacji.


Oprócz ćwiczeń coachingowych kurs pełen jest różnych przykładów z życia wziętych. A na takich przykładach znacznie łatwiej coś przećwiczyć. Można uniknąć błędów i zainspirować się. I wreszcie – dzięki obecności prawnika w jednym z modułów tego kursu, można dowiedzieć się bardzo wiele o prawnych aspektach rozstania.


Czy uważasz że praca w domowym zaciszu, bez udziału specjalisty – terapeuty czy psychologa, może okazać się wystarczająca?



M. Gołda:
Jestem o tym całkowicie przekonana. Gdybym nie była coachem, a terapeutą, to może odpowiedziałabym przecząco. Ale to kurs coachingowy, korzystający z metod coachingowych, oparty na coachingowych ćwiczeniach. Jest specjalnie zaprojektowany w ten sposób, by każdy, dosłownie każdy – mógł pracować z nimi samodzielnie. Ja nie wiem lepiej, co jest najlepszym wyjściem dla pani Kowalskiej; to pani Kowalska jest najlepszą ekspertką ds. swojego życia, nie jej coach. Ja tylko dostarczam narzędzi, które dopiero w rękach osoby zmotywowanej zaczynają działać. I wtedy potrafią zdziałać cuda. Ale to nie ja te cuda wyczarowuję. Ja inspiruję, prowadzę przez proces, wspieram. Cuda każdy ma swoje na taką skalę, na jaką się zaangażuje. Ponadto, praca w zaciszu domowym nie wymaga wychodzenia z domu. Samodzielny rodzic umie to docenić. Nie wymaga też nakładu środków takich, jak podczas indywidualnych sesji z coachem.


A dla dziecka? Jakie korzyści przynosi udział rodzica w Twoim kursie?


M. Gołda:
Trafne pytanie! Kurs przeznaczony jest oczywiście dla rodziców, ale dziecku, za pośrednictwem rodzica i zmiany jego zachowania, może również przynieść wiele korzyści. Porównałabym ten efekt do zaleceń, jakie dawane są rodzicom w samolocie – w razie gdyby ciśnienie w kabinie spadło, najpierw załóż maskę tlenową sobie, a dopiero potem dziecku.


Mówi się, że szczęśliwy rodzic to szczęśliwe dziecko. Dokładnie tak jest. W myśl tej zasady, można by dodać: „ogarnięty” po rozstaniu rodzic, to „ogarnięte” dziecko. Innymi słowy, kiedy my, dorośli, uporamy się z bólem po rozwodzie, nie będziemy przenosić go na dzieci. A o to przecież chodzi, prawda? Każdemu rodzicowi zależy na szczęściu dziecka i nie chce obarczać go swoimi problemami. W swoim kursie mówię o tym, jak to zrobić  i pokazuję, jak ćwiczyć to w domu. Omawiam też sporo sytuacji, które mogą spotkać samodzielnego rodzica, a z których on nawet nie zdaje sobie jeszcze sprawy. Dzięki temu, zmniejszamy wiele lęków. Ten kurs mówi też sporo o tym, jak budować relacje z dziećmi oparte na empatii. To z kolei wnosi do tej relacji więcej spokoju, cierpliwości i wdzięczności w życiu rodzinnym.


Skąd pomysł, aby zawrzeć w Twoim Kursie część poświęconą prawu rodzinnemu i opiekuńczemu?


M. Gołda:
Znowu – pomysł z życia wzięty. Pracując nad kursem, rozmawiałam z wieloma osobami. Na sesjach, warsztatach, które prowadzę, ale również podczas pogłębionych wywiadów z samodzielnymi rodzicami, które przeprowadzałam, aby lepiej zrozumieć, czego mogą oczekiwać w tego typu kursie. „Przydałoby się w tym kursie jakieś wsparcie prawne”, słyszałam od nich. To dzięki ich zbiorowej mądrości pojawił się ten wątek. Jako coach nie chciałam wchodzić w buty prawnika, zaprosiłam więc do współpracy kogoś, kto zna się na tym lepiej, Jednocześnie postawiłam na osobę, którą znam i wiem, że ma świetne podejście do ludzi, mec. Dagmarę Jagodzińską.


W jaki sposób można zapoznać się z Kursem?



M. Gołda:
To, czy kurs może nam się przydać, czy jest czymś, co faktycznie nas interesuje, możemy łatwo sprawdzić na stronie samego kursu www.samodzielnirodzice.com. Na stronie znajdują się szczegóły tego, co obejmuje kurs i jak można z niego skorzystać. Pragnę, aby kurs ten, okazał się na tyle trafny i pomocny, żeby każdy samodzielny rodzic mógł wracać do niego po wielokroć i wyciągąć z niego jak najwięcej korzyści dla siebie i swojego dziecka. Tego właśnie życzę wszystkim Samodzielnym rodzicom.

0